PO znokałtowała PiS
2007-10-22 To nie były zwykłe wybory. To był prawdziwy pojedynek rewolwerowców. W wielkich miastach stanęli naprzeciw siebie partyjni liderzy. W Warszawie Donald Tusk rozniósł Jarosława Kaczyńskiego. W innych metropoliach było podobnie: zwyciężali politycy PO.
W stolicy Tusk wygrał z Kaczyńskim, choć to właśnie premier był na swoim terenie. Warszawiacy dobrze przyjęli rodowitego gdańszczanina, który po raz pierwszy porzucił Pomorze, by poprowadzić swoje ugrupowanie do zwycięstwa. - To jest najbardziej spektakularne zwycięstwo w tych wyborach. Widać, że retoryka i sojusze koalicyjne PiS zniechęciły wielkomiejski elektorat - ocenia Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W boju o prymat w Warszawie zupełnie nie liczył się Marek Borowski. Ten, który miał być lokomotywą Lewicy i Demokratów, dostał zaledwie 6 proc. głosów. Jak wynika z niedzielnych sondaży PBS przeprowadzanych w pięciu największych miastach, liderzy PO bezapelacyjnie zwyciężyli. Politycznych konkurentów wyprzedzili nie tylko w stolicy, ale także w Krakowie, Łodzi, Gdańsku i Katowicach. Dlaczego? - Elektorat wielkomiejski to typowi wyborcy PO. Wykształceni, dobrze sytuowani, młodzi - wyjaśnia dr Marek Migalski z Uniwersytetu Śląskiego. W Krakowie wyborcy utarli nosa pewnemu zwycięstwa Zbigniewowi Ziobrze, ministrowi sprawiedliwości. Dwa lata temu osiągnął tu rekordowy wynik - ponad 120 tys. głosów, rozkładając na łopatki swego rywala z PO Jana Rokitę. Teraz w Krakowie o palmę pierwszeństwa walczył z Jarosławem Gowinem. Na kandydata PiS zagłosowało 23 proc. wyborców. Krakowianie postanowili postawić na senatora Gowina, który dostał 32 proc. głosów. Jeszcze w czasie kampanii wyborczej Ziobro zachęcał PO, by w miejsce Rokity wystawiła swego najlepszego człowieka, bo on lubi wyzwania i silnych przeciwników. - Widać, że Ziobro nie nadrobił swoją osobistą popularnością słabego wyniku PiS w miastach - mówi Flis.
Niespodzianki nie było w Katowicach. Spełniły się słowa reżysera Kazimierza Kutza, lidera listy PO, który w przedwyborczej debacie z Jerzym Polaczkiem, konkurentem z PiS, prorokował: - Ubrałem się w garnitur, który wkładam rzadko - głównie na pogrzeby. Proszę przyjąć więc moje wyrazy współczucia, bo za dwa dni będziemy mieli kolejny pogrzeb. Pogrzeb rządów braci Kaczyńskich. Pan straci niestety pracę, panie ministrze, ale trudno - takie jest życie.
Abstrahując od rywalizacji PO z PiS-em wielu obserwatorów sceny politycznej uważa, że największym ich przegranym był były premier Leszek Miller. W swej rodzinnej Łodzi dostał zaledwie 1 proc. głosów. Tak marnego poparcia zapewne się nie spodziewał. Byłego premiera pokonał jego uczeń Wojciech Olejniczak. Na młodego lidera SLD zagłosowało 12 proc. wyborców. - Cóż, ten koniec Leszka Millera nie jest imponujący. Zgubiła go ambicjonalna decyzja o starcie z listy Andrzeja Leppera. Partii, która była partią protestu przeciwko III RP, a której Miller był twarzą. To był krok samobójczy - wyjaśnia prof. Flis.
W Gdańsku wszystko poszło gładko: w swym mateczniku wygrała Platforma. Kandydaci partii Donalda Tuska zebrali najwięcej głosów. Sławomir Nowak, szef sztabu wyborczego PO wyprzedził tam Jarosława Wałęsę. Wynik syna byłego prezydenta kraju można uznać za zaskakujący, bo startował z ostatniego miejsca.
Agata Kondzińska - Dziennik Zachodni
powrót
drukuj