Nowy rząd ma problem z CO2. Odchodzący umywa ręce
2007-11-06 Na rząd Donalda Tuska czeka gospodarczy trup w szafie. Do końca stycznia nowy rząd musi zadecydować, jak rozdzielić między przedsiębiorstwa zezwolenia na emisję CO2 do atmosfery. Albo zabraknie stali i cementu na stadiony i domy, albo radykalnie wzrosną ceny prądu
- Utrzymanie podziału zezwoleń na emisję CO2, który proponuje odchodzący rząd, może poważnie zaszkodzić całej gospodarce. Dzisiaj krajowe zużycie stali sięga 12 mln ton, a żeby zrealizować cele przewidziane w Narodowym Planie Rozwoju czy związane z Euro 2012, zużycie wzrośnie do 15-16 mln ton - ostrzega Romuald Talarek, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej (HIPH).
Zdaniem Talarka każdy niedostatek uprawnień do emisji CO2 oznacza albo konieczność ich zakupu, czyli wyższą cenę stali, albo wstrzymanie produkcji i konieczność jej przywozu z zagranicy. - A my już dzisiaj mamy 55 proc. udziału importu w krajowym zużyciu stali - argumentuje prezes.
Cement i stal kontra elektrownie
Podział zezwoleń na emisję CO2 na lata 2008-12 to część działającego od kilku lat w Unii systemu handlu emisjami CO2. Jego działanie polega na tym, że - upraszczając - każda działająca firma z pięciu podstawowych branż (energetyka, hutnictwo, przemysł cementowy, chemiczny i szklany) dostaje swój indywidualny roczny limit emisji dwutlenku węgla. Zakłady, które mają nadwyżkę uprawnień, mogą je sprzedać na wolnym rynku. A jeśli uprawnień im zabraknie - dokupić. Taki mechanizm ma zachęcać przedsiębiorstwa do redukcji emisji CO2.
W marcu br. Komisja Europejska zadecydowała, że na lata 2008-12 polski przemysł dostanie mniej zezwoleń na emisję CO2 - 208,5 mln ton. Polski rząd domagał się blisko 80 mln ton więcej.
Bruksela tłumaczyła swoją surowość tym, że w poprzednim okresie rozliczania emisji CO2 (2005-07) Polsce przyznano dużo więcej zezwoleń, niż faktycznie potrzebował przemysł. Przykładowo, w 2005 r. faktyczny poziom emisji CO2 w Polsce wyniósł 203 mln ton, podczas gdy zezwolenia opiewały na... 239 mln ton. Nadwyżka spowodowała, że system handlu emisjami przestał być efektywny. Firmy nie miały zachęty do redukowania emisji ani do inwestowania w przyjazne środowisku technologie. Bruksela postanowiła nie popełnić drugi raz tego samego błędu.
Rząd Jarosława Kaczyńskiego z oburzeniem zareagował na decyzję Komisji. I zaskarżył ją do unijnego trybunału. - Jesteśmy pewni zwycięstwa przed ETS - mówi "Gazecie" Barbara Helfferich, rzeczniczka komisarza ds. środowiska Stavrosa Dimasa.
Wyrok w tej sprawie zapadnie najwcześniej na początku przyszłego roku. A do tego czasu - przynajmniej teoretycznie - rząd powinien rozdzielić pomiędzy polskie firmy ten limit, którą wyznaczyła nam Komisja. Ale rząd tego nie zrobił. Oficjalnie: bo chce poczekać na wyrok. Nieoficjalnie jednak zapowiedziano, że jeśli Europejski Trybunał Sprawiedliwości odrzuci polską skargę, redukcja dotknie każdy sektor po równo, zgodnie z algorytmem zaproponowanym przez Komisję Europejską. I wtedy w wielu branżach zawrzało.
Romuald Talarek z HIPH uważa, że ograniczanie wszystkim branżom po równo byłoby nie tylko niebezpieczne dla gospodarki, ale zwyczajnie niesprawiedliwe: - Przemysł hutniczy na restrukturyzację wydał w ostatnich latach ponad 4 mld dol., także na inwestycje w nowoczesne technologie.
Talarek podkreśla, że jego branża wyeliminowała produkcję, która jest najbardziej szkodliwa dla środowiska, i ograniczyła zatrudnienie ze 147 do 30 tys. osób. - Doszliśmy do ściany, nie ma już nowocześniejszych, bardziej ekologicznych technologii niż te, które hutniczy inwestorzy obecnie kupują. A co przez ostatnie 18 lat zrobiła energetyka?! - pyta Talarek.
Elektrownie, elektrociepłownie i ciepłownie emitują aż 80 proc. dwutlenku węgla. Hutnicy uważają więc, że to one powinny wziąć na siebie największą część redukcji liczby zezwoleń na emisję CO2.
Podobnych argumentów używają przedstawiciele producentów cementu. Na początku października szef Stowarzyszenia Producentów Cementu (i równocześnie należącej do koncernu HeidelbergCement cementowni Górażdże) Andrzej Balcerek ostrzegał, że gdyby wszystkim branżom ograniczyć limity emisji CO2 po równo, to cementowniom limitu starczyłoby na 12,9 mln ton cementu rocznie. Tymczasem zapotrzebowanie na cement w przyszłych latach szacuje się na ponad 20 mln ton rocznie. Ponieważ możliwości importu są ograniczone, cementownie zaczęłyby kupować dodatkowe zezwolenia na emisję CO2 na wolnym rynku. To dramatycznie zwiększyłoby koszty. A cementownie, podobnie jak huty, w ciągu ostatnich kilkunastu lat zredukowały emisję CO2 o 30 proc.
W lobbing angażuje się nawet Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. Ostrzega ono, że każde zakłócenie produkcji cementu i stali w Polsce odbije się na realizacji projektów infrastrukturalnych. - Będziemy teraz potrzebowali znacznie więcej cementu i stali, nieproporcjonalnie więcej niż do tej pory - mówi "Gazecie" Jerzy Kwieciński, odchodzący wiceminister rozwoju regionalnego.
Paradoksalnie, nawet organizacje ekologiczne uważają, że lwią część redukcji pozwoleń na emisję CO2 powinna wziąć na siebie energetyka. - Cementownie i huty powinny dostać proporcjonalnie więcej uprawnień do emisji CO2, ponieważ inwestowały w nowoczesne (przyjazne środowisku) technologie więcej niż branża energetyczna - mówi nam Magda Zowsik, koordynatorka kampanii Greenpeace'u.
Jakie argumenty ma energetyka? - Cena prądu - krótko odpowiada prezes elektrociepłowni z południa Polski.
Kilka dni temu Urząd Regulacji Energetyki zdecydował, że o cenach prądu, począwszy od 2008 r., będzie decydował jedynie rynek. Energetycy zapowiadają podwyżki prawdopodobnie od 5 do 10 proc. rocznie. - Jeśli do tego dojdzie jeszcze większe obcięcie limitów CO2 dla energetyki, to ceny prądu pójdą w górę o wiele więcej. Gdyby postulaty innych branż zostały spełnione, to megawatogodzina prądu, która dziś kosztuje ok. 130 zł, mogłaby kosztować aż 230 zł - ostrzega nasz rozmówca. Podrożałoby wszystko, począwszy od żywności. Poza tym energetycy wskazują, że cement i stal z Polski idą również na eksport. Polska, przyznając większe prawa do emisji CO2 tym branżom, będzie więc wspomagać budownictwo w innych krajach.
Odchodzący umywają ręce
Kończący swój bieg rząd PiS nie chce słuchać protestów przedsiębiorców i umywa ręce od problemu. - Tę sprawę zostawimy już nowemu rządowi. Będzie mógł dokonać ewentualnych zmian w systemie. Ale jak to zrobi, to mogą rozpocząć się protesty, oskarżenia o nierówne traktowanie i procesy - ostrzega wiceminister środowiska Agnieszka Bolesta.
Angażować się nie chce też Komisja Europejska, która podkreśla, że wewnętrzny podział limitów emisji to już sprawa dla władz krajowych. Przedstawiciele PO, która lada chwila przejmie rządy, już wiedzą, że mają problem. - CO2 to niejedyna mina pozostawiona nam przez poprzedników - mówi Adam Szejnfeld, poseł PO z sejmowej komisji gospodarki. - To jest bardzo trudna sprawa, dlatego tak ważne jest, żeby nowy rząd powstał jak najszybciej - dodaje.
Prof. Janusz Lewandowski z Politechniki Warszawskiej uważa jednak, że mamy szansę wybrnąć z tej sytuacji. - Zgodnie z ONZ-owskim protokołem z Kioto Polska ma wciąż nadwyżkę 150 mln ton CO2, którą może sprzedać. Nie na rynku europejskim, ale na świecie. Zainteresowane są m.in. Japonia i Korea Płd. - mówi "Gazecie". Te uprawnienia będzie można sprzedać po 1 stycznia, za miliardy złotych. - Powinniśmy próbować przekonać Komisję Europejską, żeby zgodziła się, aby zarobione pieniądze przeznaczyć na pomoc publiczną dla energetyki. Elektrownie mogłyby wówczas zainwestować je w ochronę środowiska. Nie wiem tylko, czy będziemy umieli korzystnie sprzedać naszą nadwyżkę - dodaje Lewandowski.
Konrad Niklewicz, Rafał Zasuń
Źródło: Gazeta Wyborcza
powrót
drukuj