Co dolega naszemu prezydentowi?
2008-03-11 PiS odtrąbiło sto dni premiera Donalda Tuska jako klapę rządu. A właśnie mija 800 dni, czyli niemal połowa, kadencji Lecha Kaczyńskiego. Pora chyba podsumować osiągnięcia i niedociągnięcia tej prezydentury.
4 marca 2008
Dyskusję o potrzebie zmiany konstytucji teoretycznie wywołał Donald Tusk, bo ciągły konflikt na linii premier-prezydent utrudnia mu sprawowanie władzy. W praktyce jednak debatę sprowokowała słabość Lecha Kaczyńskiego. Bilans dokonań prezydenta podważa bowiem sensowność istnienia tego urzędu w obecnym kształcie. Więcej w jego działaniu swarów, obrazy i powodów do zażenowania wśród rodaków niż rzeczywistych sukcesów. Nawet sztandarowa polityka historyczna, ukoronowana paradą w Święto Wojska Polskiego 15 sierpnia znalazła tylu zwolenników, ilu przeciwników. Polacy zamiast prezydenta silnego, uznawanego za partnera przez głowy innych państw i traktującego równo interesy wszystkich rodaków mają zabarykadowanego w pałacu reprezentanta interesów jednej partii, na dodatek sprawiającego wrażenie chorego.
Co mu dolega?Gdy w czerwcu 2005 roku robiłam wywiad z Lechem Kaczyńskim – wówczas prezydentem Warszawy i kandydatem PiS w wyborach prezydenckich – spotkałam człowieka pogodnego, potrafiącego z siebie żartować. Po półgodzinie rozmowy sam zaproponował: „Niech mnie pani wreszcie zapyta o gejów, bo przecież wszyscy pytają o to Kaczyńskiego”.
Niespełna rok później spotkaliśmy się w Pałacu Prezydenckim. Niestety, z zupełnie innym już człowiekiem. Rozdrażnionym, wybuchowym, mającym problemy z mówieniem. W politycznych kuluarach plotkowano wtedy, że to z powodu przebytego przez prezydenta wylewu. Podejrzewano także agorafobię – lęk przed otwartą przestrzenią, który może nasilać się nie tylko na wiecach organizowanych w wielkich halach, ale i w przestronnych pałacowych wnętrzach, w których łatwo się zagubić.
Według jednego z ludzi prezydenta zła kondycja Lecha Kaczyńskiego była wówczas efektem zgryzot spowodowanych rozsypującym się małżeństwem córki Marty Kaczyńskiej i jej nowym związkiem z synem SLD-owskiego działacza.
Nastrój głowy państwa dodatkowo popsuła afera „kartoflana”. Obraźliwy dla braci Kaczyńskich artykuł w niszowej niemieckiej gazecie urósł do rangi problemu narodowego. Prezydent nagle odwołał udział w trójstronnym spotkaniu z kanclerzem Niemiec Angelą Merkel i francuskim prezydentem Jacques’em Chirakiem. Oficjalny powód brzmiał: biegunka. Ta chwilowa niedyspozycja stała się źródłem kpin i otworzyła pole do nowych spekulacji na temat stanu zdrowia prezydenta.
Obserwowane podczas publicznych wystąpień zagubienie, kłopoty z koncentracją, a nawet z formułowaniem dłuższych, rzeczowych wypowiedzi sprawiły, że pojawiły się pogłoski o początkach choroby Alzheimera. Prezydent źle wypadał zarówno w telewizyjnych orędziach, jak i podczas wizyt zagranicznych. A to nie uścisnął wyciągniętej do niego dłoni niemieckiej kanclerz, a to nazwał dziennikarkę „małpą w czerwonym”.
Jesienią 2007 roku, gdy PiS przegrało wybory, Lech Kaczyński aż na tydzień zniknął z życia politycznego. Opinia publiczna od razu dołożyła do listy jego niedomagań brak odporności na stres.
Zaraz potem doniesienia o czterech butelkach wina wypitych w trakcie dwugodzinnego spotkania z Donaldem Tuskiem rozpoczęły publiczną debatę o nadużywaniu przez prezydenta alkoholu. Oliwy do ognia dolał poseł Palikot, pisząc o tym na swoim blogu. I choć wielu uznało to za insynuację i polityczną rozgrywkę, prezydent zdecydował się jednak na oficjalne zaprzeczenie, jakoby miał problem alkoholowy.
ObrażalskiDywagacje o chorobach, prawdziwych lub domniemanych, są uprawnione w państwie, które daje prezydentowi tak dużą jak w Polsce władzę. – W systemach prezydenckich i semiprezydenckich, gdzie – jak w Polsce – władzę pół na pół sprawują premier i prezydent, zdrowie głowy państwa jest problemem narodowym. Zarówno jego sprawność fizyczna, jak i mentalna, bo odbija się na sprawach publicznych – mówi politolog, profesor Kazimierz Kik.
To dlatego Amerykanie wiedzą wszystko o stanie zdrowia George’a W. Busha, nawet gdy tylko spada z roweru czy zakrztusi się preclem. Sprawa prezydenc-kiego zdrowia, a właściwie jego uszczerbków, może doprowadzić nawet do zakwestionowania możliwości sprawowania urzędu. Tego właśnie obawiał się swego czasu prezydent Francji Francois Mitterrand, ukrywając chorobę nowotworową.
W przypadku Lecha Kaczyńskiego kłopoty ze zdrowiem fizycznym wydają się bardziej sferą plotek niż rzeczywistego zagrożenia. Gorzej z uwarunkowaniami psychicznymi. – Zachowania prezydenta wskazują, że bardziej, niżbyśmy sobie tego życzyli, ulega słabościom swego charakteru: skłonności do obrażania się, chowania w sobie urazy, zaciętości, która determinuje jego decyzje bardziej niż obiektywny ogląd sprawy i dobro interesu narodowego – dodaje profesor Kik. Przykładów nie brakuje: publiczne poniżanie jednego z najbardziej szanowanych Polaków – profesora Władysława Bartoszewskiego – czy otaczanie się wyłącznie osobami poddańczo wiernymi. Pałac Prezydencki nie jest dziś przystanią dla ekspertów i ludzi dużego kalibru. To zamknięta twierdza zacietrzewionych obrońców polityki braci Kaczyńskich, którzy – jak minister od prezydenckiego wizerunku Michał Kamiński – bardziej szkodzą, niż pomagają w tworzeniu pozytywnego obrazu głowy państwa. Wystarczy wspomnieć przeciek z zapisu rady gabinetowej w sprawie służby zdrowia czy rozsyłane po redakcjach przez kancelarię prezydencką informacje o aktywności Lecha Kaczyńskiego mierzonej liczbą składanych kondolencji.
Pracę prezydenta według CBOS źle ocenia już 60 procent Polaków. Prezydent nie radzi sobie ani z obowiązkami – jak nominacje sędziowskie, z którymi zwlekał wiele miesięcy – ani z realizacją obietnicy częstego korzystania z inicjatywy ustawodawczej. Główne ustawy prezydenta – o lustracji i KRRiT – Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z prawem. Nie można jednak miernych efektów tłumaczyć wyłącznie złym stanem zdrowia czy słabościami Lecha Kaczyńskiego. Problem wydaje się o wiele głębszy.
Prezydent swojego brata
Prezydentura Lecha Kaczyńskiego od samego początku była naznaczona piętnem Jarosława Kaczyńskiego. Do wyścigu o fotel prezydencki Lech przystąpił z obciążeniem złamania kariery bratu, który walczył całe życie o stanowisko premiera. Wszak Jarosław publicznie deklarował, że nie stanie na czele rządu, jeśli Polacy wybiorą na prezydenta jego brata. Gdy więc Lech wygrał wybory, niby żartobliwie, ale jednak z rozbrajającą szczerością zameldował bratu wykonanie zadania. Jakby od razu na starcie chciał dać wyborcom sygnał, że jest tylko człowiekiem od wykonywania poleceń brata.
A kolejne zadanie przyszło szybko. Chodziło- o rozwiązanie parlamentu pod pretekstem nieuchwalenia budżetu na 2006 rok. PiS miało bowiem tak wysokie notowania, że dawały szanse na zdobycie w powtórnych wyborach większości potrzebnej do samodzielnego rządzenia bez szukania koalicjanta w LPR czy Samoobronie.
Również w polityce zagranicznej prezydent szybko okazał się zakładnikiem brata. Przystał na niepraktykowane dotychczas w Polsce rozwiązanie, że to prezydent, a nie premier, reprezentuje Polskę na szczytach w UE. Premiera Jarosława interesowała przede wszystkim polityka krajowa. Gdy jednak w 2007 roku szykowano się do walki o pierwiastek w Brukseli, Jarosław Kaczyński oświadczył, że jeśli rokowania okażą się łatwe, Polskę będzie reprezentował prezydent, ale jeśli pojawią się kłopoty, włączy się w to premier. Kłopoty w Brukseli oczywiście były, prezydent w czasie obrad wielokrotnie dzwonił do premiera, aż w końcu przewodząca pracom szczytu kanclerz Niemiec sama postanowiła zatelefonować do Jarosława Kaczyńskiego, by negocjować z nim porozumienie.
Wydarzenia te uświadomiły już nie tylko w kraju, ale i partnerom zagranicznym, jak bardzo polski prezydent jest uzależniony od brata.
Coś bardzo niedobregoNic dziwnego, że nowy premier Donald Tusk postanowił w ramach konstytucyjnego podziału władzy bronić autonomii polityki – zwłaszcza zagranicznej – własnego rządu. W efekcie każda decyzja powodowała iskrzenie. Od powołania na ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, przez określenie daty wycofania polskich wojsk z Iraku, po reprezentowanie kraju na unijnych szczytach i uznanie przez polski rząd niepodległości Kosowa.
A gdy już się zdarzyło, że Lech Kaczyński po rozmowie z premierem przed jego wizytą w Moskwie uznał, że „są bliscy zgody w sprawie pryncypiów polskiej polityki zagranicznej”, to Jarosław Kaczyński szybko przytarł bratu nosa. W tonie zgoła przeciwnym od prezydenckiego oświadczył, że wizytę premiera Tuska w Moskwie „trzeba wpisać w coś bardzo niedobrego”.
Tym samym potwierdził, że obowiązujący podział władzy między premierem a prezydentem wystawiany jest permanentnie na niebezpieczny eksperyment – próbę sterowania z tylnego siedzenia. Dotąd mieliśmy do czynienia z tym zjawiskiem jedynie w przypadku premierów. Za plecami Jerzego Buzka czy Kazimierza Marcinkiewicza rzeczywiste rozgrywki polityczne toczyli szefowie partii – Marian Krzaklewski i Jarosław Kaczyński.
Dziś to zjawisko dotyczy prezydenta, któremu zgodnie z przyjętą w 1997 roku konstytucją przysługuje tytuł reprezentanta państwa w stosunkach zewnętrznych oraz najwyższego zwierzchnika sił zbrojnych. Z uwagi na te zapisy toczy się obecny prezydencko-premierowski spór o kompetencje. Doprowadza on do absurdalnych sytuacji, gdy to prezydent, nie informując premiera, wzywa do siebie szefa MSZ i ten musi przerwać zagraniczną wizytę, by stawić się w Pałacu Prezydenckim. Albo prezydent organizuje alternatywne uroczystości na szczeblu międzynarodowym, jak zdarzyło się, gdy Polska wchodziła do Schengen. Premier fetował zniesienie kontroli granicznej z niemiecką kanclerz i czeskim premierem pod Bogatynią. A prezydent naprędce szykował własną uroczystość na granicy polsko-litewskiej.
Jeśli dodać do tego prezydenckie prawo do nominowania ambasadorów (co skutkuje blokowaniem kandydatów rządu) oraz prawo weta, którego użyciem Lech Kaczyński straszy przy okazji każdej istotnej propozycji rządu (od ustawy zdrowotnej po rozdział funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego), to uzyskuje się obraz chaosu na szczytach władzy.
Dość ping-pongaStąd wysunięta przez premiera Tuska propozycja debaty nad konstytucją, która miałaby ostatecznie rozstrzygnąć, kto ma większą władzę w naszym kraju. Czy chcemy mieć system prezydencki, a więc umacniamy pozycję prezydenta, którego siłę stanowi dziś nie tylko konstytucja, ale i mandat z wyborów powszechnych? Czy też przeciwnie – idziemy w kierunku modelu kanc-lerskiego, gdzie prezydenta wybiera parlament, a władza koncentruje się w rękach premiera?
Tych pytań pewnie by nie było, gdyby nie sposób, w jaki swój urząd sprawuje Lech Kaczyński. Zdaniem konstytucjonalisty profesora Piotra Winczorka rozdział władzy między prezydentem a premierem jest dziś bardziej sprawą politycznego obyczaju niż litery prawa. Aleksander Kwaśniewski potrafił dojść do kompromisu z premierem z opozycyjnej partii – Jerzym Buzkiem – i to w czasie trudnych dla Polski negocjacji dotyczących wejścia naszego kraju do NATO i UE. Potrafił też mimo „szorstkiej przyjaźni” dogadać się z Leszkiem Millerem w sprawie podziału kompetencji i reprezentowania Polski w świecie.
Donald Tusk wydaje się tracić cierpliwość do uprawiania chorego pałacowego ping-ponga. Swoje wizyty u prezydenta nazwał już nawet ironicznie kolędowaniem. I nawet jeśli w rzeczywistości nie dąży do zmiany konstytucji, to wywołując ten temat, chce postawić prezydenta Lecha Kaczyńskiego pod pręgierzem społecznej oceny. Być może liczy na to, że w ten sposób ograniczy apetyt brata Jarosława, co Lechowi nie udało się przez 800 dni. W końcu nie z szefem opozycyjnej partii, ale z prezydentem ma Donald Tusk jako premier sprawować władzę w Polsce.
Aleksandra PawlickaŹródło: Przekrój, nr 10/2008
powrót
drukuj